Panie kochany


Kiedyś to był prawdziwy chleb, nie jak teraz, oszukany. Zjadł dwie pajdy do żuru z kartoflami na obiad, to do kolacji pełny chodził. To i grubych ludzi tyle nie było, bo nic nie było oszukane i nie chciało się podjadać. A zje dzisiejszego chleba, zaraz głodny chodzi. Bo to sama wata. Ludzie teraz jak kozy, wie pan, papierem się najedzą. I jeszcze zapłacą ciężki pieniądz za ten papier w restanrancji. I myślą, że bógwico, bo do restanrancji chodzą.
I na wczasy jeżdżą, jakby koło domu poleżeć nie mogli. Że na plaży, na piasku, a co ten piasek gdzie lepszy? U nas pod lasem ile piasku. Ale najlepiej leży się na ziemi, albo w trawie, bo i czuje się jak Bóg to dobrze obmyślił. Bo ziemia żyje, wie pan, a piasek martwy, to co to za atrakcja na martwym leżeć.
W miastach są więcej nieszczęśliwi, bo z ziemią kontaktu nie mają. Założy szpilki i stuka na betonie, to z czym ma kontakt. Tylko dzieci jeszcze niezniszczone, to potrzebują się ubłocić i nawąchać ziemi. A dorośli już zniszczeni. Na klatkach stoją, palą. I nie dają dzieciom się brudzić, to zaraz dziecko w narkomana idzie, bo z Bogiem traci kontakt, a Bóg w ziemi.
To już niech wódkę lepiej pije, zamiast zwidów szukać. Zagryzie cebulą i zdrowy. Cebulę jak jabłko jeść trzeba, a nie smażone. Wszystko smażą i potem jedzą trociny, bo wszystko zabite w takim smażonym. Surowego pogryźć, od razu cera inna. A w miastach ludzie szare. Albo brązowe, jak te młode, co pod lampy się kładą.
Raz do Jóźków przyjechała z miasta taka młoda, aż czarna od tych lamp. To ją w niedzielę na sumę do Kościoła wzięli. Nikt księdza nie słuchał, tylko każdy zezował. I ksiądz się mylił, bo też zezował. Dwadzieścia lat i już zmarnowana.
Ale jeszcze by odżyła, jakby dłużej pobyła na wsi. Ze zwierzętami więcej kontaktu, bo gdzie w mieście jaki kontakt. Psy w kubraczki ubierają, albo czeszą jak ludzi, żeby medal dostać. A pies i tak nic nie rozumie, ogłupiały. To jaki kontakt z takim zwierzęciem. A na wsi człowiek przy krowach pochodzi, kurach, koniom owsa da i znajduje ukojenie, bo zwierzęta jak ziemia, blisko Boga. I nawet jak sam, bez rodziny, to przy zwierzętach jak nie sam.
A nawet mniej czasem samotny przy zwierzętach, niż z ludźmi. Bo to różnie bywa. Robi się całe życie dla dzieci, a one potem tylko czekają, aż ojce poumierają, żeby przejąć wszystko i zmarnować. Na wódkę sprzedać.
Do miasta się pojedzie, to nawet oddychać czym nie ma, ani ciszy nie słychać. A tylko w ciszy zbierze myśli, bo myśli jak te głupie psy, tylko by latały za swoim ogonem. A jak jest ciągle szum, to jak można dojść do ładu. Nie dojdzie. I zatruty smogiem, kaszle. Panie kochany, i w piekle lepiej.
Ale piekła już nikt się nie boi, a najbardziej te z góry, co rządzą. A ludzie, wie pan, są tak durne, że jeszcze się kłócą, które lepsze w tym rządzeniu. To tak jakby napadły nas Niemce i Ruskie i pod zabór wzięły, a ludzie by się kłóciły, które z nich lepsze. Bo to jak zaborcy, te rządzące. Jedne, czy drugie, oba najgorsze, a ludzie się im kłaniają i jeden drugiego by do studni wrzucił, zamiast razem być przeciw obojgu.
Ale to więcej w miastach się kłócą o tą górę, bo na wsi ludzie wiedzą, że kto by nie był, to robić i tak trzeba. Nie zaorze, nie zasieje, nie skosi i nie zbierze, to chleba na stół nie położy. A chleb jak swój upiecze, ze swojej mąki i pracy, to, panie kochany, nie potrzebuje po świecie szukać szczęścia, bo ma przed nosem szczęście. Nie oszukane. Prawdziwe jak ten chleb.