Projekt

Modne słowo – projekt. Powstaje zespół muzyczny, lider idzie do radia na wywiad, mówi: ten zespół, to nowy projekt, do którego zostali zaproszeni muzycy związani z nurtem smooth folkowym (ciekawe, czy jest taki nurt). Są zespoły używające tego słowa w swojej nazwie: Projekt Warszawiak, Projekt Ślązak, Projekt Trójząb (Trójmiasto).

Są projekty literackie (Projekt „Różewicz rozrzucony”), projekty teatralne (Projekt „Czytanie Słowackiego”), projekty filmowe (Projekt „Polska Światłoczuła”), a także projekty obywatelskie, studenckie, społeczne i jakie tylko zapragniemy.

Co na to architekci? Czy to ich oburza? Całe dnie spędzają nad skomplikowanymi projektami budynków, a tu parę osób się skrzyknie i jest projekt. I nawet, gdy architekci założą stowarzyszenie oburzonych na jawne pomniejszanie wagi ich pracy i przedłożą list do premiera, to i tak ktoś nazwie to projektem oburzonych.

Ale co tam architekci, my też mamy projekty. Każdy ma swój projekt dnia: projekt rano (mycie, śniadanie), projekt dojazd do pracy, projekt powrót z pracy, projekt obiad, projekt oglądanie telewizji, projekt kolacja, projekt sen. Mamy projekt towarzyski (impreza, kino), projekt małżeństwo, projekt wychowywanie dzieci, ewentualnie projekt rozwód, projekt obiad u teściów, projekt rzucanie palenia, projekt odchudzanie się, projekt lenistwo cały dzień, projekt wyprawa na grzyby, projekt niedziela na działce, projekt zapuszczenie bródki, projekt kupno nowych butów, projekt przygotowania do świąt, projekt bojkotowanie świąt.

Blog Szkicownik, to też projekt. Projekt „Ogólne marudzenie i czepianie się rzeczywistości”.

Opublikowano Szkicownik | Skomentuj

Książki-jak

Jak być szczęśliwym. Gdy widzę tego typu książki w księgarni, to oblewa mnie zimne błotko. Cały ten biznes, a w zasadzie przemysł wytwarzający książki-jak jest, ogólnie rzecz biorąc, niehigieniczny. Książki-jak wlazły w każdą sferę człowieczego życia: jak wychować dobre dziecko, jak zdobyć kobietę (zdobyć!), jak zostać milionerem w tydzień (albo w dzień, na pewno takie są; w godzinę, w minutę), jak schudnąć, jak być zdrowym, jak asertywnym. Generalnie jak się nie dać i być fajnym.

Ilość tego wszystkiego wskazuje, że popyt jest duży. Że nie jest dobrze i trzeba znaleźć jak. Ilu autorów, tyle jaków. Każda książka ma inne i oczywiście lepsze, najnowsze sposoby jak. Na okładce książki dowiadujemy się, że w Stanach jest ona bestsellerem (bo przecież nie w Chinach, musi być w Stanach, w Europie byłoby za słabo; od Stanów lepiej brzmi już tylko światowy bestseller). A autor jest kimś tam znanym, głośnym, chociaż u nas pierwsze się słyszy.
Ale z człowiekiem zawsze tak było, ciągle mu coś nie pasowało, więc nie ma czego tu roztrząsać zbytnio. Taki ludzki standard, a literatura to wykorzystuje i tyle.

Wspomnieć jeno pragnę o jak być szczęśliwym, bo akurat to, jak się okazuje, nie działa. No bo jak uszyć kurtkę, czy jak zrobić sałatkę z pokrzyw pewnie działa. Ze szczęściem nie idzie. Może przez parę dni, jak ktoś się wczuje (jak się wczuwać), ale potem mija, a książka ląduje gdzieś na tyłach domowych utensyliów.
Ze szczęściem nie może działać, bo na szczęście człowiek jest zbyt złożony. Ma w sobie tyle wszelkiego rodzaju emocji i uczuć, których występowanie jest istotne dla zachowania równowagi psychicznej, że skupianie się na czymś, co jest dość nieokreślone i dla każdego oznacza coś innego, jest zajęciem jałowym. Człowiek musi przeżywać negatywne emocje, bo w ten sposób idzie do przodu, rozwija się. Tak ogólnie mówiąc. Natomiast poradnik jak być szczęśliwym ma być panaceum. No bo takie są te poradniki, nie mówimy tu o dobrych książkach traktujących o złożoności psychiki, czy o tekstach Zen itp. W tych poradnikach są przepisy, tak jak w poradnikach odchudzających – całe diety psychiczne. Rób tak a tak, mów sobie codziennie rano to a to, zapisz sobie na karteczkach i umieść je na ścianie. Wstawaj rano i oznajmiaj, że dziś jest twój szczęśliwy dzień. Rób to codziennie, powtarzaj.
Na Zeusa!
Jakkolwiek by tego wszystkiego nie analizować i krytykować, to problem i tak sam się rozwiązuje: to nie działa.

I bardzo dobrze, że nie działa.
Bo gdyby działało, to nie byłoby nasze. Ktoś wymyślił dietę i potem milion ludzi osiąga szczęście. Czyjeś szczęście.
Ale banał.

Opublikowano Szkicownik | 2 komentarzy

Inni mają gorzej

Ostatnia deska ratunku przy próbie poprawienia sobie nastroju: inni mają gorzej.
Ci, co mają gorzej, także sobie coś znajdą, jeśli nie wśród ludzi, to u zwierząt. Na przykład tych w ZOO. Zwierzęta w ZOO mogą pomyśleć o tych w rzeźniach i tak dalej. Chociaż poza rzeźnią ciężko już dalej szukać, pozostaje chyba tylko myśl: przynajmniej jeszcze żyję, podczas gdy reszta na talerzach.
Trudno ocenić, na ile skuteczne jest tego rodzaju myślenie, natomiast prawdopodobnie o wiele bardziej leczniczy jest bezpośredni kontakt z tymi, którym jest gorzej. Wystarczy pójść pod gabinet internisty i posłuchać ożywczych narzekań.

Ożywcze są zwłaszcza wieści o tym, że gorzej się zrobiło tym, którym do tej pory było lepiej. Zwłaszcza tym, którzy w/g nas na to nie zasłużyli. Zwłaszcza tym, których nie lubiliśmy.

W każdym razie, jeśli jest w tym wszystkim jakiś pozytyw, to dystans do własnych problemów, które w zetknięciu z innymi, poważniejszymi, tracą na ciężkości.

Polak żyjący w mieście może się oczywiście szarpnąć na kraje afrykańskie, albo te, w których akurat wystąpiło trzęsienie ziemi, ale pod ręką ma jeszcze polską wieś.
Trochę to skomplikowane, bo Afryka jest daleko i nic go z nią nie łączy, zaś krajowa wieś może wzbudzać niemiłe emocje, takie jak współczucie i empatia, a to jest dość męczące. Niektórzy mogą poczuć nawet coś w rodzaju winy itd. Twardsi dadzą radę.

Polska wieś to świat wykluczonych. Modne ostatnio słowo w ustach polityków. Tam praca jest reglamentowana, czyli rozdawana tym, którzy są bliżej stołu. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest zdolny i lepiej przygotowany od innych – jeśli nie jest powiązany z kimś stojącym wyżej na drabinie, to nie ma czego szukać. Nagłośniona historia młodej dziewczyny, która ukończyła Sorbonę i wróciła do swojej wsi. Złożyła CV na stanowisko w samorządzie, ale nie dostała pracy, choć biła na głowę resztę konkurentów. Po prostu nie była w sieci.
Człowiek prosty, z wiejskim akcentem, nie używający skomplikowanych słów, biednie ubrany. Nikt go nie potraktuje serio w urzędzie. Nie będzie nawet wiedział, gdzie pójść w swojej sprawie, a jeśli już gdzieś trafi, to będą chcieli, by sobie szybko poszedł.
Na ekrany kin wchodzi film „Lincz”, przedstawiający historię ludzi ze wsi Włodowa, którzy dokonali linczu na człowieku stosującym wobec nich codziennie przemoc. Zostali z tym sami, Policja miała inne sprawy, Państwo było daleko.

Polska wieś może nie poprawić nastroju. Trzeba poszukać czegoś w Portugalii. Albo w Korei Północnej.

Opublikowano Szkicownik | 2 komentarzy

Nagonka na czytanie

Alarm w mediach: Polacy nie czytają. Dramatyczne statystyki i sensacyjne odkrycia typu: najmniej czyta się na wsiach. Oczywiście lepiej czytać, niż nie czytać, ale te alarmy wywołują u mnie efekt odwrotny od zamierzeń alarmowiczów. Być może to stara psychologiczna zabawa z podświadomością: im bardziej coś nakazują, tym bardziej podświadomość pokazuje język.
Czy Polacy rzeczywiście nie czytają? Media płaczą, że mało kto sięga po książkę raz w miesiącu, że teraz internet i nowy trend nieukrywania i niewstydzenia się z powodu niesięgania po książkę.
Ile w tym prawdy? Czyżby księgarnie świeciły pustkami? W tych alarmach nie usłyszałem nic o przychodach księgarń, ilościach sprzedanych książek. Także tych internetowych księgarni. Gdybyśmy faktycznie nie czytali, albo czytali raz na pół roku, to wszystkie by splajtowały, bo przecież mole książkowe nie wykupią magazynów. To przeważnie niezamożni ludzie.
Ale we mnie sprzeciw budzi ten nacisk na czytanie. Czytaj, na Jowisza, bo inaczej diabli cię wezmą. Od ilości treści, którą pochłoniesz, zależy twoje być, albo nie być człowiekiem kulturalnym. Tak to jest nazywane w mediach: człowiek kulturalny, to taki, który dużo czyta.
Książek jest coraz więcej. Wszystkie coraz nowsze i wszystkie są bestsellerami. Księgarnie zachwalają towar jak na bazarze – największy hałas dotyczy pozycji najnowszych. Książki półroczne znikają w czeluściach półek.
Naprawdę dobre książki zdarzają się w pewnych odstępach czasowych. Dla wyrobionego czytelnika dobra książka to wydarzenie.
Nie każdy jest wyrobionym czytelnikiem. Wyrobieni dadzą sobie radę. Niewyrobieni muszą się nieźle naszamotać między bestsellerami i zaryzykować 40zł. Jakość bibliotek publicznych pomińmy kulturalnym milczeniem.

Być może dobrze by było zapytać się, co i jak czytają Polacy, a nie w jakich ilościach.

Opublikowano Szkicownik | Skomentuj

Lasek Bródnowski

Słoneczne lutowe przedpołudnie.

Opublikowano Fotografia | Skomentuj

Wszystko, co kocham

„Wszystko, co kocham” – film Jacka Borcucha z 2009r.
Młodość, bunt i wolność w okresie stanu wojennego w Polsce. I jedna z najpiękniejszych scen erotycznych w polskiej kinematografii.
Reżyser zaznacza, że nie jest to film dla nastolatków, choć główni bohaterowie zbliżają się do matury.
„Wszystko, co kocham” odświeża. Przypomina o młodości w sposób pozbawiony banału i moralitetu. Pierwsza miłość, nieujarzmiona dzikość i energia, którą trudno usadzić w miejscu. Jest w filmie kapitalna scena: kapela punkowa idąc z instrumentami mija się z maszerującym wojskiem. Symbol dwóch zupełnie odmiennych postaw życiowych.
Jacek Borcuch pokazał okres stanu wojennego bez obezwładniającej martyrologii. Bez wzniosłych tekstów i patriotycznych wzruszeń. Wzrusza nas coś innego: śmierć babci głównego bohatera i miłość, którą traci. W grudniu 1981 tworzyła się historia, ale zwykli młodzi ludzie żyli zwykłym życiem. Mieli swój zespół, marzyli o występie na koncercie w Koszalinie, pili wino i podglądali na plaży opalającą się nago sąsiadkę. Wątek z sąsiadką także jest na swój sposób symboliczny: znudzona swoim mężem – wojskowym, tęskni za dzikością i szaleństwem młodości i zwabia do swojego domu młodego chłopaka.
Być może w filmie nie brakuje idealizmu i sentymentalizmu, ale przecież wszystkie stare capy (do których i ja już niestety się zaliczam) tak wspominają lata swojej młodości. Takie wspomnienia mają prawdopodobnie także twórcy filmu.
Nie trzeba jednak przypominać starego jak świat banału, że młodość to stan ducha niezależny od wieku. Pasja, radość z życia, wolność, zdrowa niezgoda na rzeczywistość. Dobrze jest nie zasypywać tego piaskiem cynizmu i konformizmu.

Opublikowano Szkicownik | Skomentuj

Kup pan Słońce

No i tak. Jakaś Hiszpanka uzyskała akt notarialny czyniący ją właścicielką Słońca. Międzynarodowa konwencja zabrania państwom ogłaszania się właścicielami ciał niebieskich, ale o prywatnych osobach nic nie wspomina, zatem prywatne osoby rzuciły się na gwiazdy i planety. Niejaki Dennis Hope był pierwszy. Wykorzystał lukę w międzynarodowym Traktacie o Przestrzeni Kosmicznej i założył Ambasadę Księżycową, a następnie ustanowił jako swoją własność prawie cały Układ Słoneczny. Oprócz Słońca. Więc Hiszpanka łaps i ma Słońce. Amerykanin zbił majątek sprzedając działki na widzialnej stronie Księżyca. Ludzie kupowali. Tacy są ludzie.

Ludzie są tacy, że siedzą w domu nad mapami kosmosu i mówią: o, ten kawałek jest mój. Mam, to jest moje.
- Wie pan, a ja działkę mam na Księżycu.
- Co pan powie?
- Ano, kupiłem. Dobrze coś mieć, wie pan, coś swojego.

Ile w tym nędzy, jakież to obezwładniające. Swoją drogą czemu nie Wszechświat? Bo co tam z galaktykami się szamotać, od razu całość u notariusza spisać i po sprawie. Wszystko tedy moje, dzieciom się przepisze.

Kosmici? Niech spadają. Mamy papiery. Ziemskie papiery są najmojsze we Wszechświecie. Pierwsi byliśmy. Ale oczywiście możemy odsprzedać, najlepiej za ropę, jak macie.

Opublikowano Szkicownik | Skomentuj

Nie jestem z Warszawy

W Krakowie można kupić koszulkę z napisem „Nie jestem z Warszawy”. To tylko jeden z przejawów niechęci do tego miasta, nie będziemy ich omawiać, bo są powszechnie znane. I nudne. Jakieś profile na fejsbukach integrujące nienawiść do stolicy i tym podobne kurioza. O japiszonach, korpogębach, karkach i nowobogackich powiedziano już wszystko, zapominając oczywiście, że to margines miasta, generalnie patologia, która występuje w każdym mieście i nie warto zawracać sobie nią głowy, bo są ciekawsze sprawy i ciekawsze środowiska. My spojrzymy na to w inny sposób i zapytamy o inne kraje.
Na przykład Włochy. Czy i tam przedstawiciele Florencji, Neapolu i Wenecji noszą koszulki z napisem „Nie jestem z Rzymu”? Czy i we Francji mieszkańcy Marsylii i Nicei głoszą na piersiach, że nie są z Paryża?
Nic nam o tym nie wiadomo. A gdyby doszły nas słuchy, to jak byśmy zareagowali? Śmiechem.
„Nie jestem z Wiednia!”. „Nie jestem z Pragi!”. „Nie jestem z Moskwy!”.
Oczywiście w każdym kraju nie lubią się lokalnie, tak jak Włosi, którzy kłócą się o wino i jedzenie.
Ale polskie piekiełko daje radę.
Polskie piekiełko nie lubi prawdopodobnie także Francuza i Włocha, więc z przyjemnością pośle ich do Warszawy, niech na własnej skórze przetestują zło tego miasta.
Ale poczciwy Włoch lubi ludzi, ma przyjaciół na warszawskim osiedlu Targówek. Lubi z nimi dobrze zjeść i wypić i pojechać do galerii handlowej na zakupy, gdzie zaopatrzy się w spodnie od łódzkiego producenta, koszulki szyte w Poznaniu i wrocławskie krawaty.
Być może problemem jest słaba znajomość gramatyki języka polskiego i słynnego dopełniacza: kogo? czego? Czego nie lubię w Warszawie, kogo z Warszawy nie lubię. Gdyby zaczęto go używać, to przynajmniej biedny warszawiak wiedziałby, o co chodzi. Na przykład: nie lubię warszawskich chodników. Sprawa jest jasna. Popękane, podziurawione. Nie lubię tego a tego warszawskiego aktora. Denerwują mnie warszawscy piłkarze… no tak, to kiepski przykład.
Tak czy owak biedny warszawiak zabiera swojego przyjaciela Włocha, Neapolitańczyka, na wycieczkę do Krakowa, żeby zapoznać go z dobrami kulturowymi kraju i niebawem napotykają w sklepiku koszulkę z intrygującym oświadczeniem. Włoch się dziwi, bo Włoch nie wie, dlaczego ma to znaczenie. Więc pyta polskiego przyjaciela, ale ten jest tak samo zdziwiony jak on. Włoch pyta: czy w Warszawie nosi się koszulki „Nie jestem z Krakowa”?
Wracając do piłkarzy, założenie takiej koszulki jest tym samym, co założenie szalika klubu piłkarskiego. To jest ten poziom.
I tyle.

Opublikowano Szkicownik | Skomentuj

Tysiąc znajomych

Drzewiej człowiek biegł z dzidą przez step w plemieniu liczącym około 150 współplemieńców. Tak było łatwiej przetrwać. Z taką liczbą można już się bronić lub szybko zebrać do ucieczki. I tak zostało do dzisiaj; współczesny człowiek potrafi ogarnąć umysłem taką właśnie liczbę osób, z którymi ma mocniejsze i słabsze więzi.
Czy udział w serwisach społecznościowych coś zmienił? Chyba nie, bo i w tym przypadku, gdy liczba znajomych przekroczy 150, to zaczyna powoli pojawiać się mgła.
Ale zawsze to fajnie mieć tysiąc znajomych. Może ja ich wszystkich już nie kojarzę, ale oni kojarzą mnie, a więc nie jestem byle kim. Co nie zmienia faktu, że każdy z tysiąca owych znajomych myśli tak samo. Zatem chyba chodzi już tylko o liczby. Każdy jest posiadaczem dość podejrzanego bogactwa, na które składają się setki martwych dusz.

Nie krzywię się na irracjonalne zachowania, bo sam bywam nieźle irracjonalny. Nie mam nic do serwisów społecznościowych, bo skąd mam wiedzieć o ich negatywnym, czy pozytywnym wpływie na to, czy na tamto. Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem.

Nie podoba mi się tylko robienie z ludzi planktonu, na nieświadomości którego robi się podejrzany biznes.
Mowa oczywiście o facebooku. Polecam zainteresować się sprawą ochrony danych osobowych (a raczej brakiem tej ochrony) i wykorzystywaniem ich przez osoby trzecie. Jest coraz więcej informacji na ten temat. Dość przystępne wprowadzenie w temat jest np. tu: czytaj i czytaj , albo tu: czytaj

p.s. nie twittuję, nie blipuję i nie mam konta na facebooku : )) i być może, tak jak niektórzy noszą koszulki z napisem „nie jestem z Warszawy”, założyłbym koszulkę z napisem „nie jestem na facebooku”.
oczywiście żartuję. nie mam w zwyczaju nosić tego typu napisów na sobie.

Opublikowano Szkicownik | Skomentuj

U „nasz”

Taka na przykład apteka, w której jest tanio i zawsze jest kolejka. A jak jest kolejka, to można sobie posłuchać.
- Kupuje i kupuje, dwie godziny przy okienku stoi.
- Ludzie nie mają na co pieniędzy wydawać, to na leki wydają.
Okienka są cztery, więc idzie w miarę szybko, ale jest okazja zawiesić na kimś brudną szmatę. No bo stoi, a to my tam powinniśmy stać. A gdy już staniemy… Nam wolno dłużej przy okienku postać. Bo to my, a nie jakieś tam dziady, co specjalnie tak stoją.
Kolejka jest tak długa, że ludzie stoją na zewnątrz, zatem natychmiast powstaje poruszenie, gdy ktoś bez pytania omija wszystkich i wchodzi do apteki.
- Mistrzu, mistrzu, wraaacaj, wracaj kolego!
- Chcę tylko zapytać, czy jest mój lek, bo w innych aptekach nie ma.
- Dobra, dobra, tam jest koniec kolejki.
- Zapytam tylko…
- Wszyscy stoją.
- Jak tak można.
- Wpycha się.
- Co za naród.
I tak dalej. Racjonalność znika. Pojawiają się silne emocje, bardzo silne. Nie idzie o kolejkę, że się wpycha, albo za długo stoi. Idzie o wszystko. Wszystko, co nasze.
A może chodzi o coś innego? Skąd można wiedzieć?
„Ten kraj”, „W tym kraju”, „Polacy są”, „Polacy nie są”, „Tutaj nigdy nie będzie normalnie”. Dominuje ten kurs mentalny, ten nieustanny cichy różaniec biadolenia. Jest źle, jest beznadziejnie, tu się nie da żyć. Winni są politycy-złodzieje, bezrobotni-wałkonie, pracodawcy-tyrani, słynni Żydzi i słynni Masoni, piłkarze, geje i pogoda.
Ale na szczęście powoli to się zmienia. Nadzieja w młodych, którzy jakoś nie ulegli temu zakażeniu, choć już światli socjolodzy zdążyli ich ponazywać: pokolenie X, pokolenie Y, pokolenie JP2, pokolenie 1200. Mało kto się tym przejmuje. Młodzi prą i nie chcą się słuchać.
My też chcemy być młodzi i nie będziemy narzekać na narzekaczy w słynnych kolejkach do słynnych aptek. Każdy cierpi, każdy choruje, każdy ma swoje powody. Nigdy nie poznamy tych wszystkich powodów, choć oczywiście światli socjolodzy potrafią to uporządkować i wyjaśnić. Ale i z socjologami się lubimy.
Czy płynie z tego wniosek, że czasem niewiedza daje wolność? Niepewność wyzwala energię?
Jedno jest pewne – kiedyś było lepiej. Za Gierka. I za Piechniczka.

Opublikowano Szkicownik | Skomentuj